Skocz do zawartości

masakratorli

Kobieta
  • Zawartość

    7
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Zawartość dodana przez masakratorli

  1. The Last Day, the Last Breath Rozdział 1 cz.5 Godzina 06:00 *dźwięk telefonu -co jest?! kto dzwoni o takiej godzinie, halo?!- powiedziałem wściekły odbierając telefon -dzień dobry z tej stony dyrektor główny placówki umbrella z przyjemnością informuje pana o cztero tygodniowym urlopie i przeprszam za zaistniałą sytuację w naszej placówce, postaramy się odpowiednio ukarać naszych pracowników, urlop będzie płatny z góry, dowidzenia. -powiedział chłodno dyrektor po czym się rozłączył. -co do... dostałem cztery tygodnie płatnego urlopu, nie wiem czy mam się cieszyć czy płakać. Nie ważne idę spać, czas odespać harowanie do 3 nad ranem.. Zasnąłem... Godzina 12:30 -jeff! jeff! -ugh.. co się stało -powiedziałem zaspany -w końcu wróciłeś do domu, prawie w ogóle cię nie widuję przez tą korporację w któjej pracujesz-powiedział yoshi z grymasem na twarzy -wiem że żadko się widujemy ale teraz wszystko nadrobimy, dostałem 4 tygodnie urlopu-powiedziałem czochrając jego włosy -naprawdę?! to świetnie.Pójdziemy do kina albo na pizzę? -zapytał rozpromieniony yoshi -oczywiście, możemy najpierw do kina potem na pizzę, tylko daj mi się ubrać - to ja lecę się szykować -yoshi wybiegł z pokoju śmiejąc się radośnie - co za lekkoduch -powiedziałem z uśmiechem kręcąc głową Godzinę później... - gotowy już ? -zapytałem -jasne! to idziemy? opuściliśmy mieszkanie, podążaliśmy kolorowymi ulicami tokyo rozmawiając i śmiejąc się. - to na jaki film idziemy, yoshi masz jakiś pomysł? -ummm..może "piranie atakują"? a-albo " rybki z ferajny" ? -powiedział lekko zarumieniony - haha, zakochałeś się w tych rybach czy co jak nie piranie to rybki haha - to na piranie idziemy -powiedział stanowczo -niech ci będzie ale jak znowu przyjdziesz i powiesz że spać nie możesz to załaskocze cię na śmierć muahaha -powiedziałem i zaśmiełem się jak doktor zło -ugh..-wydusił przewracając oczmi z uśmiechem na twarzy zaczeliśmy rozmawiać o starych czasak jak to było kiedyś... -brakuje mi tego wspólnego spania -powiedział yoshi -tak?? a to czemu ? -powiedziałem po czym uniosłem brew -bo miałem ciepło... -powiedział odwracając twarz z grymasem -mamy obecnie środek lata, nie potrzebne ci dodatkowe ogrzewanie -niby nie ale jednak trochę mi brakuje czasów kiedy się mną opiekowałeś, jak byłem mniejszy zawsze mnie tuliłeś do snu -powiedział usmiechnięty -komuś tu się na sentymęty zebrało -powiedziałem patrząc w przód z uśmiechem na twarzy - heloo jesteśmy w końcu braćmi, rodzinny obowiązek powspominać -powiedział po czym uniusł brew -noo, do dziś nie zapomnę jak biegałeś z garnkiem na głowie krzycząc że jesteś lord vader hahah -ej, to żenujące było akurat.. -ale zabawne tak samo jak dzień w którym biegałeś nago po domu a ja cię goniłem z pieluchą haha, stare dobre czasy -no weź nie przy ludziach- powiedział oburzony -a co to, jak mały wiperdzielałeś gile z nosa i wszyscy widzieli to już pretęsji nie było? -zapytałem aby go zdenerwować -jednak miałem racje twierdząc że ostatni cham z ciebie haha -myślałem że już o tym wiesz ? haha ... w tym samym czasie w szpitalu placówki umbrella Blok S -źle...się...czuję -powiedział pracownik poczym zemdlał -blok S, zemdlał pracownik i dostał drgawek przenosimy go do oddziału głownego w bloku S+ ... -jesteśmy już pod kinem -na to wygląda podszedłem do kasy, za drzwiami siedział mężczyzna w podeszłym wieku wyglądał na zmęczonego - dzień dobry dwa bilety na film "piranie atakują" poproszę -to będzie 200Y -powiedział charkotliwie starszy pan -proszę.. staruszek trzęsoncą sie ręką udarł dwa bilety i wysunął przez okienko -dziękuję, no młody idziemy bo najlepsze miejsca zajmą.. po dwóch godzinach sensu.. -jezu myślałem że mi tyłek ucieknie -powiedziałem obolały -te fotele były tak nie wygodne że chyba wolał bym te dwie godziny stać -powiedział yoshi - zgodzę się z tobą, to co teraz pizzzza?-powiedziałem przedłużając - czemu nie, patrz jeff tam jest pizzeria - wskazywał palcem yoshi -pizzeria papy, brzmi starym dziadkiem haha -pasuje do ciebie to idziemy -powiedział yoshi z myślą że właśnie mi dokopał Szliśmy około 500 metrów prosto, mijaliśmy różne kolorowe sklepy, przeszliśmy na pasach na drugą stronę ulicy i weszliśmy do pizzeri. Przywitała nas bardzo ładna kobieta, była wysoka, szczupła, miała obcisłą skórzaną sukienkę która podkreślała jej biust, jej piękne długie włosy opadały delikatnie na jej prawe ramię, miała hipnotyzująco ponętne spojrzenie przez zieleń jej oczu, kiedy zawiał wiatr z wiatrak zza jej pleców poczułem woń słodkich perfum, obserwowałem ją ze stolika obok wejścia i poczułem dziwne ciepło kiedy podeszła.. yoshi przeglądał menu a ja wpatrywałem się w nią jak w obraz, namalowany na najdelikatniejszym płótnie jakie mogło istnieć.. -nie gap się tak bo ci oczy wypadną- powiedział yoshi zza karty kilka minut później, podeszła do nas ona... -witam w czym mogę pomóc? -powiedziała odgarniając włosy które przez wiatr opadły na jej klatkę -chcieli byśmy zamówić pizzę diablo -powiedział yoshi -dobrze za chwilę podam -powiedziała odchodząc z uśmiechem uśmiechąłem się równierz.. -jeff! -cooo..-powiedziałem miękko odwracając się w strone brata *plask* -ał! -weź się w garść i nie gap się tak jak ostatni cham, trochę powagi -powiedział zdenerwowany yoshi -a na co mam sie patrzeć, nie moja wina że oczy same mi uciekają. -faceci..-wzdechnął yoshi - i kto to mówi -powiedziałem rozweselony -jak ci się tak podoba to czemu nie zaprosisz jej na kawę? -zapytał yoshi -czemu nie.. podeszła do nas kelnerka z pizzą -proszę -powiedziała nachylając się nad stolikiem -dziekuję..-powiedział yoshi -przepraszam, czy miała by pani ochotę na kawę?-zapytałem cały czerwony -czemu nie, czekałam aż zapytasz widziałam jak się przyglądasz, mam na imię lucy ale mówią mi lu a ty ? - kire..z-znaczy się piękne imię -powiedziałem pod nosem -dziękuję -powiedziała wytykając język w przyjacielski sposób odrazu ją polunbiłem, wydawała się być lekko zadziorna. -mam na imię jeff -powiedziałem uśmiechając się -kończę za godzinę -powiedziała przed odejściem podając mi kartkę z numerem telefonu -idź -powiedział yoshi -dzięki znacznie później -to co idziemy na spacer - powiedziałem -czemu nie, a jak coś się stanie?-powiedziała sprawiając wrażenie przejętej -obronię cię -powiedziałem pewny siebie -z takim ciałem napewno -powiedziała kładąc swoją dłoń na mojej klatce piersiowej podążaliśmy kolorowymi ulicami tokyo z wielu miejsc dobiegała muzyka taneczna, wszystko było tak barwne jak sen. ... tym czasem w bloku S+ -cholera co to jest?! -aaa zabierzcie to ze mnie -dzwonię do jeffa niech się tu pojawi bo nie mam pojęcia co tu się właśnie dzieje! ... -wybacz mój telefon dzwoni -powiedziłałem do lucy odebrałem w pośpiechu widząc numer korporacji -tak? -jeff jest tu coś nie tak! przyjdź natychmiast do bloku S+ (krzyki w tle) -co się tam do cholery dzieje ?!-zapytałem z przerażeniem -pośpiesz się nie wiem jak długo ich utrzymamy -ich?... (szefie zamkneliśmy śluzy na tyłach budynku, reszta jest bezpieczna) -usłyszałem w tle zaraz tam będę nie dotykajcie niczego -wykazywał ktoś jakieś dziwne objawy ? -jeden z pracowników dziś zamdlał i dostał drgawek po czym przestał oddychać. Nagle zaczął biegać jak gdyby nigdy nic ale nie jest to naturalny sposób biegania taki trochę przekrzywiony. -może to być mutagen z numerem 004. -004?! co on tu robi? przecież jest w placówce na północy ? -powiedział zdziwiony mark -zaraz będę czekajcie w sterylnym laboratorium nie otwierajcie go pod żadnym pozorem!-przestrzegłem marka po czym się rozłączyłem -coś się stało ? - zapytała lucy -muszę natychmiast wracać do pracy, obowiązki wzywają -no dobrze, to do jutra ? -zapytała z nadzieją - jedź do mnie, powiedz mojemu bratu żeby spakował wszystkie rzeczy jakie są w domu i nie otwierał nikomu wiecęj drzwi, ukryjcie sie w piwniczce pod domem, jest do niej tylne wejście przyjadę po was.. -ale o co chodzi? -zapytała zmartwiona lucy - nie mam czasu tłumaczyć poprostu udaj się pod ten adres jak najszybciej -powiedziałem w pośpiechu podając jej kartkę z adresem zacząłem biec w strone placówki na połódniu, przebiegłem przez ulicę powodując piski opon aut jadących z naprzeciwka, po kilku minutach dotarłem do placówki, po wejściu do wnętrza natychmiast złapałem za biały fartuch z logiem placówki i dostałem się do Bloku S gdzie miał czekać na mnie mark -halo?! -jeff jak dobrze że jesteś myślałem że nie przyjdziesz -powiedział mark -powiedz najpierw co tu się stało ...czemu tu jest taki burdel ? -Z jednego zrobiło się sześciu, a potem była to już chorda. Więc wpadła chorda i zaczeli wszystko rozwalać wydawali z siebie dziwne dzwięki. -ok, nie pozwól żeby który kolwiek się stąd wydostał, wiem czym to jest i uwierz nie jest to nic dobrego, na to nie ma lekarstwa, jedynie śmierć mózgu jest wyjściem, nie może być to śmierć na sposób utonięcia, to nie zadziała bo wszystko oprócz mózgu jest już martwe. Z placówki na północy mógł to ktoś wynieść jest ciepło więc mutagen się rozprzestrzeniał bardzo wolono po organizmie tu jest znacznie chłodniej więc zmutował natychmiast. W północnym zakładzie nazwaliśmy to "zombi" albo mówimy "szwędacze" zarażasz się przez kontakt z krwią jeżeli masz otwartą ranę lub jeżeli to coś cię ugryzie, zombie są bardzo agresywne i atakują w grupach bo w grupach się przemieszczają zazwyczaj, reagują na chałas. -skąd ty to wiesz? -zapytał zdziwiony mark -yyy...miałem okazje pracować z wynalazcą tego "cuda" -powiedziałem sarkastycznie -to co mamy teraz zrobić ? -zapytał mark - zabić wszystkich i przy okazji nie dać się zabić -standard.. -musimy zachować ciszę, ile osób było w bloku S+? -około 450, a co ? -o cholera... to mamy przesrane mówiąc szczerze. Skontaktujmy się z szefem głównym może on coś wymyśli -nie robił bym tego ale no dobra spróbować nie zaszkodzi -a masz jakis inny pomysł ?! jest nas dwóch co chcesz zdziałać w takiej "grupie" ? -powiedziałem nerwowo -w sumie to zadzwońmy -przyznal mark 15 minut później -mają przysłać wsparcie -mam złe przeczucie co do tego -powiedział mark krecąc głową -zmywajmy się stąd -dobra ale masz jakis pomysł? -zapytał mark -mam ale najpierw czy przenieśli tu kogoś z mojego oddziału? -ciebie i paula -gdzie on teraz jest? -wyszedł na chwilę z placówki -idziemy po niego jego umysł nam sie przyda..-powiedziałem wierząc że jeszcze żyje -powinien być gdzieś przy moście -ciężarówki, są tu jeszcze ? -tak w garażu była jedna -idziemy po nią -powiedziałem szybko -coś ty taki narwany? -myślę szybko okej, nie widzi mi się po niego biec -biec? -zapytał mark -nie ważne, masz przepustkę do garażu prawda?-zapytałem -tak, mam -to lecim z tym koksem a jeszcze jedno, umiesz się bić ? -powiedzmy że umiem- powiedział odwracając wzrok -ok czyli nie umiesz -powiedziałem -... udaliśmy się przejściem między blokiem S a S+, było cicho nawet za cicho po chwili usłyszeliśmy charczenie... -cholera i co teraz? -powiedziałem szeptem -nie wiem może obejdźmy go -usłyszy nas, patrz tam jest nóż, mam plan słuchaj podejdę po niego a ty się nie ruszaj, jak dam ci znak ściągniesz go na siebie, a i nie krzycz bo reszta się zleci -zajebisty plan... -powiedział zły mark -nie marudź lepszy taki jak dać się zjeść... zakradłem się po cichu, sięgałem już po nóż, nagle zadzwonił mój telefon, nie wyciszyłem go. Pomyślałem "cholera już mnie ma jak na talerzu" ścisnąłem kieszeń, telefon zamilkł ale zombie udał się w stronę dzwięku, chwyciłem nóż, kiedy był blisko na tyle że mogłem go usunąć wbiłem nóż z całej siły w jego oko, upadł następnie wyjąłem nóż i swoim ciężkim butem zmiarzdżyłem mu czaskę, aby napewno nie wstał -jasna cholera, ty jesteś bardziej niebezpieczny niż te zombie -powiedział lekko wystraszony mark -ta.. -dobrze że się z toba trzymam hehe..- powiedział nerwowo szliśmy dalej korytarzami pochwili dotarliśmy na miejsce.. -jest! ciężarówka -powiedziałem uradowany -patrz paul!- wskazywał mark -biegiem! -jasna cholera 8 lat temu biegałem, ty chcesz mnie definitywnie zabić -podsumował mark -paul do ciężarówki -krzyknąłem -co? -zapytał zdziwiony paul -jajco wsiadaj szyybkoo! paul bez namysłu wbiegł do ciężarówki nastepnie my dotarliśmy do ciężarówki -uff, myślałem że nas zjedzą -powiedział mark z ulgą -ale kto ma was zjeść? -zapytał paul -aleś ty nie domyślny, mówi ci coś kod 004? -o żesz... ale że tutaj ?! jezu zjeżdżamy stąd -jasne ale ja prowadzę -powiedziałem -o jezu, zapiąć pasy trzeba bo nas pozabijasz odpaliłem ciężarówkę, i wyjechałem razem z drzwiami od garażu -jeff, to ty robisz ?! -prowadzę... -prowadzę nas do grobu - zaśpiewał paul -haha -zasmiał się mark -jedziemy do mnie po resztę -powiedziałem po kilku minutach dotarliśmy do mnie -czy to tylne wejście do ciebie? -zapytał paul -tak -odparłem otworzyłem drzwi.. -jeff ! -krzyknął yoshi -do ciężaróki wsiadaj, lucy ty też -ale co się dzieje? -odparła zdziwiona lucy -wytłumaczę w trasie wrzuciliśmy wszystkie rzeczy do ciężarówki -teraz do sklepu, bierzemy tylko rzeczy długo terminowe, bierzemy tyle ile się da, tylko w kartonach. wszyscy patrzyli na mnie jak na wariata, ale wiedziałem że za chwilę zrozumieją... w drodzę do sklepu radio nadało komunikat o zagrożeniu biologicznym i kazało ukryć się w bunkrach, piwnicach i zabezpieczyć się w jedzenie oraz picie -jeff, czy to o tym chciałeś nam powiedzieć? -tak, teraz już nie patrzycie jak na skończonego kretyna? -powiedziałem patrząc na drogę -sklep!-krzyknął yoshi -szybko przynieście noże, koce, jedzenie i wodę mogą być też jakieś narzędzia typu klucz francuski i śrubokręty. Po kilku minutach zbierania wszystkiego do ciężarówki odjechaliśmy, udaliśmy się w stronę chiby najbardziej wysuniętego miasta na wschód od tokyo... jechaliśmy kilka godzin na zmianę, miasto było duże, ale było to miasto portowe. Port zapewniłby nam ucieczkę na otwartą przestrzeń zanim epidemia opanowała by całe tokyo i jego okolice bynajmniej taki miałem plan ale wtedy stało się to czego się bałem...
  2. The Last Day, The Last Breath Rozdział 1 cz. 4 ...Moim oczom ukazał się blok F z ponumerowanymi komorami, przede mną stał ich sznur. Niekończące się eksperymenty udane i te które się nie udały. Ja i mój szef staliśmy na dużej werandzie, spojrzałem na niego chcąc coś powiedzieć ale zamilkłem i mu się po prostu przyglądałem, miał blado niebieskie oczy, krótkie czarne włosy tak jak ja, nosił na sobie luźną bluzę w kolorze żółtym która dobrze podkreśla jego dobrze zbudowane ciało, ma 190cm wzrostu tak jak ja z charakteru był podobny do mnie, lekko zadziorny, romantyk, no i wariat jak się patrzy. Z dużej stalowej werandy mieliśmy idealny widok na ponumerowane pomieszczenia, te z tyłu wyglądały jak fiolki z ziarenkiem. Był to ogromny podziemny hangar na ukrytym poziomie -4 do którego mieli wstęp nieliczni. -witamy w bloku F -całkiem spore pomieszczenie -tak i cholernie niebezpieczne, zjedźmy na dół i znajdźmy F8. -Eh..niech będzie udaliśmy się w dół windą czułem się jak bym zatrzymał się w czasie, winda jechała w ciszy, delikatnie, bez żadnych drgań, lecz z każdym metrem czułem narastający we mnie niepokój, że coś może pójść nie tak. -Jeff jakieś ostrzeżenie co do tego stwora?-zapytał szef -tak, uważajcie na ugryzienie, mutagen rozprzestrzenia się poprzez krew, ze względu na panujący tu chłód będzie mutował niemal że natychmiast. -liczyłem na coś mniej drastycznego ale cóż...dziękuję. Podążałem u jego boku w niezręcznej ciszy...z każdym kolejnym krokiem pomiędzy setkami pomieszczeń, czułem że oblewa mnie zimny pot. Każdy z pokoi był ponumerowany, miał opis przebiegu mutacji i co na nią wpływało. Zatrzymałem się przy jednym z kontenerów który miał numer 6 "Cerber", tak mówiła nazwa. Kontener był szklany na silnych podporach z tytanu, szkło było kuloodporne. Przyglądałem się czarnej kulce która znajdowała się wewnątrz kontenera. Z każdą sekundą czułem coraz bardziej że nie podoba mi się przebywanie w tym miejscu. Usłyszałem warczenie niespodziewanie czarna kulka się obróciła. Moim oczom ukazał się trójgłowy pies. Zrobiłem trzy kroki w tył, byłem przerażony ale i ciekawy tego zwierzęcia, nagle zapytał mnie szef.. - co jest Jeff? -to..ma..trzy głowy! -no shit sherlock!...co ty nie powiesz, naprawdę? przecież czytałeś nazwę, powinieneś się zorientować co to. - ale nie sądziłem że będziecie mieć strażnika piekieł...skąd go wytrzasnęliście.. -eh..jest to nieudany eksperyment transmutacji genetycznej. -to ksiega przebiegu choroby?! -zapytałem zdziwiony - nie kur*a reklama z tesco...a na co ci to wygląda? -warknął szef -na to na co to wygląda. -odpowiedziałem -jak z tobą rozmawiam to czuje sie jak bym mówił do siebie. tak podobny do mnie jesteś że aż mi żal samego siebie. -haha. -wracając, tak to jest księga przebiegu choroby, która miała wyizolować jego dodatkowe kończyny. Wprawdzie pozbyła się dodatkowych dwóch nóg, ale w zamian dostał dwie głowy,i w ten sposób mamy cerbera. -objaśnił szef -a co z jego zachowniem? -zapytałem - widzisz kolor szkła? -tak, jest zielony. -to oznacza że osobnik znajdujący się w kontenerze nie jest zagrożeniem dla ludzi inaczej mówiąc jest to normalny pies, tylko że z trzema głowami. -to niesamowite -powiedziałem z podziwem -co w tym takiego niesamowitego? -zapytał szef -to że jest ogromny i w dodatku bezpieczny. -no nie do końca, biały fartuch go drażni, dlatego nikt kto tu wchodzi nie ma go na sobie, nie licząc ciebie. -dlaczego? -ponieważ był bity przez jednego z pracowników, który się miał nim opiekować. -dupek.. -powiedziałem pod nosem. -słyszałem, ale osobnik ten został natychmiast zwolniony. -powiedział z nutką odrazy. -to dobrze. -wracając do koloru szkła. są tu cztery kolory określające zachowanie danego stworzenia zielony-stworzenie bezpieczne żółty-stworzenie częściowo niebezpieczne czerwony-stworzenie niebezpieczne czarny-stworzenie neutralne to wszystko co musisz wiedzieć na tą chwilę. doszliśmy do pustego kontenera z numerem 8 -dobra chłopaki wsadzcie to tam. =stanowczo wydał rozkaz. wstawili tam iście niebezpieczne stworzenie. Było ono ohydne, tak jak osoba, która zaraziła się mutagenem.. - dobra zamykajcie. Jak chcesz to nazwać? -nie wiem.. a ma to znaczenie? -ma.. -eh..to może ''zombie''? -wporządku niech ci będzie ..dobra, izolujcie.. -czy kiedyś coś stąd uciekło.. - to mi wisi na plecach, zabierzcie to ze mnie!! -krzyknął jeden z żołnierzy -cholera nie daj się.. -no i go ugryzło.. -powiedział ze spokojem szef nie myśląc złapałem szefa za rękę i zacząłem biec. -hej! co ty robisz?! -ratuje sobie życie no i tobie przy okazji.. -jak to? -tak to, zaraz cała trójka będzie zarażona i przemieniona. -ale dlaczego ratujesz mnie?! milczałem biegnąc dalej i trzymając go za rękę nie puszczając. -odpowiedz mi! -krzykną - zamknij sie..bo zaraz tu przybiegnął. -uniosłem głos. -dobrze.. podbiegliśmy do windy próbowałem ją włączyć.. -cholera nie działa! -jak to?! -ktoś wyłączył prąd, ewidentnie chcąc nas tu udupić -ja nie mogę, no i co teraz jeff? -no nic, walczymy. - eee, nie, mam lepszy pomysł zwiejemy schodami awaryjnymi. - czyli? -spojrz w górę, winda ma schodki więc wejdzemy po nich. -no to zawijamy dupy w troki, idź pierwszy Paul. to był pierwszy raz kiedy nie powiedziałem do niego ''szefie''. -dobra pods­adź mnie.. zrobiłem jak mnie poprosił - jeff podaj rękę - krzyknął paul chciałem chwycić go za rękę..zrobiłem to kiedy już miał mnie wciągnąć.. -jeff za tobą! obróciłem się i zobaczyłem trójkę zombie biegnących w naszą stronę, byli coraz bliżej i bliżej... -cholera.. jeden z nich złapał mnie za nogę z ogromną siłą, nie mogłem się uratować spojrzałem na paula w jego oczach ujrzałem głęboki strach jak nigdy wcześniej.. -puść.. -nie.. -zrób to i się ratuj.. -nie, wyjdziemy z tego razem kopnij go tak mocno jak umiesz proszę cię.. zrobiłem o co mnie prosił..cudem się udało on jednym szybkim ruchem wciągnął mnie na schodek.. -jap*******...myślałem że już po mnie -nie gadaj też tak myślałem, a teraz spadajmy stąd - powiedział żartobliwie -dobra paul, mamy przed sobą jakieś 10 metrów wspinaczki. -oh jak cudownie nie marzyłem o niczym lepszym -powiedział sarkastycznie Paul mineły około 2 godziny zanim wspieliśmy się na górę otworzyły się drzwi przed nami stał dyrektor główny.. -co tam sie do cholery działo?! -jak by to ująć..spieprzyliśmy robotę..-powiedział rozczarowany paul -co to ma znaczyć? -zapytał wściekły dyrektor -to znaczy że zombie ugryzło jednego pracownika a potem pozostałych dwóch się zaraziło na dodatek, uciekając ktoś wyłączył prąd chcąc nas tam udupić, mało nie zgineliśmy i jeszcze ma pan do nas pretęsje?!, widać jak bardzo macie wykwalifikowany personel, że nawet martwego nie umie pożądnie zamknąć w pojemniku.. -uniosłem się -jak to ktoś wyłączył prąd, korporacja umbrella ma najlepiej wykształcony per- -no chyba śnisz, skoro jeden był gryźiony powinni do niego strzelać a nie stać jak te kołki i sie gapić! -przerwałem -co ty sobie wyobrażasz mówiąc do mnie w ten sposób?! -krzyknął dyrektor - mówie o tym co zauważyłem..jak narazie na dzisiaj mam dość wracam do domu -powiedziałem wściekły -ja też mam dość jak na jeden dzień, wracam do domu -powiedział paul spokojnym głosem. ..chociaż ja w tym głosie wyczułem lekkie drgania przerażenia.. -dobrze idźcie do domów. -dziękuję w imieniu swoim i Jeffa -powiedział Paul. była 02:00 wracaliśmy razem do domu bo byliśmy wspólokatorami.. -Jeff.. -tak? -mogę ci coś powiedzieć..ale obiecaj że nie zaczniesz się śmiać.. -powiedział Paul z opuszczoną głową -możesz, obiecuje nie będę się śmiać -bałem się..bałem się że już nie opuścimy tamtego miejsca żywi, bałem się jak nigdy dotąd.. -wiem, ja też poklepałem go po plecach na znak zrozumienia.. -dzięki. -za co? -zapytałem zdziwiony -za uratowanie życia, gdyby nie ty to.. -nie dziękuj, zrobiłem co do mnie należało... szliśmy jeszcze jakiś czas ulicą.. do okoła nas stały drzewa na przemian z latarniami, nie było żywej duszy, ulice były opustoszałe, mijaliśmy ciemne domy, po drodze natkneliśmy się na otwartu bar..nazwa nie brzmiała zachęcająco.. bar " pod pijanym trupem" patrząc na nazwę oboje zrezygnowaliśmy z odwiedzenia go, nie po tym co miało dzisiaj miejsce, w końcu dotarliśmy do naszego domu, otworzyłem drzwi, weszliśmy powoli.. -dobra jeff dzięki, udam się spać mam na dziś dość. -powiedział zmęczonym głosem paul -ja też dobranoc -no dobranoc.. udaliśmy się w przeciwnych kierunkach, dotarłem do swojej sypialni rzuciłem fartuch na krzesło zaraz obok mojego łóżka, zdjąłem buty, położyłem się i niemalże natychmiast zasnąłem...
  3. The Last Day, The Last Breath. Rozdział 1 cz. 3 W tamtym momencie moje życie wywróciło się do góry nogami. -zapraszam państwa do laboratorium B3. Był to ten sam mężczyzna co wcześniej nas witał i przydzielał pracę. -proszę założyć rękawice ochronne i wziąć się do pracy. Dziękuje za współpracę i liczę, że będzie ona owocna. Po miesiącu spędzonym na kilku szkoleniach pozwolono nam zabrać się do pracy, od razu stworzyłem trującą mieszankę którą można się zarazić poprzez krew lub przez jej wypicie. Wziąłem się do pracy pracowałem z jakimś mężczyzną był łysy i w wielkich okularach, często krzątał mi się pod rękami w taki sposób, że za każdym niemal że razem byłem bliski rozlaniu trującej mieszanki, którą stworzyłem. -czy mógł byś bardziej uważać do cholery! Chyba że chcesz się zarazić moją trucizną! -to ty nie uważasz ślepcu -popatrz w lustro, to ty nosisz denka od słoików nie ja. -burak... -jak bym patrzył na ciebie. Opuściłem wściekły laboratorium, byłem bliski wylaniu mu tego na twarz, irytował mnie jak cholera, nawet samo patrzenie mnie wkurzało. -Jeff? -Tak -Co to za sprzeczka była? -widzi pan, ten człowiek działa mi na nerwy, i kreci się pod nogami przez co nie mogę dokończyć trucizny, bo boje się że wyleje na niego. -Rozumiem, przeniosę go aby mógł pan spokojnie pracować -Kiedy by mógł pan go przenieść? -Dopiero jutro, do tego czasu proszę kontynuować pracę Wróciłem do laboratorium -Ej co ty robisz moją pracą? -Poprawiam -Lepiej sobie gacie popraw a nie niszczysz mój postęp -jestem od ciebie lepszy -no nie sądzę -oddaj mi moją prace i zacznij swoją -mamy pracować w zespole -nie pracuje zespołowo, pracuje na swoja rękę, a z kimś kto nawet połową wiedzy mi nie dorównuje nie będę rozmawiać. -Składam skargę -A leć zobaczymy co ci powiedzą na temat twej pracy -Jesteś okropnym człowiekiem -Bywa, takie życie -Co za arogant. -coś jeszcze? -… Milczał a to znaczy, że niemiał ani jednego argumentu, żeby podważyć moje słowa więc, faktycznie jest beznadziejny. Odsunąłem go od mojej pracy i kontynuowałem po chwili wparował szef -Antoni! -Tak panie? Nie wytrzymałem i zaśmiałem się pod nosem -z czego rżysz szkapo? Zacząłem się śmiać -z ciebie podróbko Banderasa...hahahah Szef również zaczął się śmiać -Antoni jutro zostajesz przeniesiony do H4 (ze śmiechem w głosie) a teraz opuść to laboratorium -a dlaczego ja? -A dlaczego nie? Opuścił laboratorium -Jeff pokaż co masz Spojrzał pod mikroskop -proszę spojrzeć co się dzieje, kiedy dodamy krew ludzką -Atakuje i mutuje komórki…niesamowite jak to osiągnąłeś? -Dużo by opowiadać, jedyne co powiem to tylko tyle że jest to bardzo groźny mutagen można się nim zarazić połykając go lub przez otwarte skaleczenie -co się dzieje, kiedy zaatakuje człowieka? -nie wiem. -jak to nie wiesz? -nie mogłem przeprowadzić eksperymentów -rozumiem, świetny wynik jak na pierwszy miesiąc w korporacji, jestem pod wrażeniem, bo żaden nasz pracownik nie uzyskał takiego postępu jak ty w ciągu tygodnia. -Dziękuje czuje się zaszczycony Wrócił okularnik i zaczął się wcinać w naszą rozmowę -tak jak mówiłem należy bardzo uważać jest to groźny mutagen -na pewno nie tak groźny jak ty małpo-genie. Oboje spojrzeliśmy na niego jak na idiotę, obróciliśmy się na pięcie, ja wróciłem do pracy a szef udał się do drzwi laboratorium, kiedy już wychodził powiedział -jeff jak dokończysz przyjdź do A2 potrzebuje cię tam -oczywiście Po kolejnych kilku godzinach stworzyłem mutagen wyglądający jak krew i mutujący z ogromną prędkością, wstawiłem mutagen z wykrzyknikiem do lodówki kriogenicznej tylko tam był mniej szkodliwy. Poniżej 200 stopni nie był groźny do -40 stawał się nad aktywny i mutował znacznie szybciej i agresywniej. Opuściłem laboratorium i udałem się do sektora A2 Podążałem sterylnie białym korytarzem zegarek wskazywał 22:00 -aż tyle tu siedziałem? -Jeff! -Tak -co się stało w B3? -Ale o co chodzi? Dopiero stamtąd wyszedłem -Coś się stało z antonim. -Ale co? -Chodźmy będziesz wiedział Dotarliśmy na miejsce szybkim tempem Naszym oczom ukazały się żywe zwłoki które stały i reagowały na dźwięki Przez delikatnie ujemną temperaturę były nad aktywne. -Szkur…mówiłem, żeby nie dotykał mojej pracy co za pół mózg no! -wiesz co z nim można zrobić? -niestety, nie zdążyłem przygotować antygenu na to i już nie stworze -dlaczego? -proszę spojrzeć na podłogę, reszta mutagenu jest kompletnie zniszczona -uda ci się go odtworzyć? -wątpię, ale spróbuję. -Złapcie go i zaprowadźcie do bloku F8 -co tam jest? -eh skoro już widziałeś jego to pokaże ci i inne cuda chodź To co zobaczyłem zatkało mnie..
  4. The Last Day, The Last Breath Rozdział 1, część 2. ..21 marca 2020 roku ukończyłem akademię bio-genetycznej technologii i kurs medyczny na poziomie zaawansowanym. Po 2 latach pracy w szpitalu czegoś się nauczyłem, spodziewać się nie spodziewanego tak było, kiedy otrzymałem dziwny list dokładnie było to 12 stycznia 2022 roku o godzinie 00:00 wtedy kończyłem swoją zmianę. Podczas szukania kluczy po kieszeniach natknąłem się na list bez nadawcy do mnie. Otworzyłem drzwi od klatki, hol był wypełniony ohydną zielenią pomieszaną z czarnym. Szedłem tym paskudnym holem do moich białych drzwi, kiedy już do nich dotarłem złapałem za klucze i chciałem otworzyć drzwi próbowałem przekręcić klucz w drzwiach. -Cholera co jest ?! czemu nie mogę drzwi otworzyć? Pchnąłem lekko drzwi były otwarte. -Nie zamknąłem drzwi?! Pamiętam, że je zamykałem jak wychodziłem do pracy Drzwi były otwarte a cały mój salon zdemolowany tak jak by przeszło tornado, moja śliczna niebiesko żółta tapeta była porozdzierana. Odchodziła ze ścian, białe meble były szare i połamane. Pobiegłem do sypialni mojego brata która była na lewo od salonu. -Yoshi!, Yoshi! -Tutaj! Wbiegłem do czerwono-białego pokoju przez białe drzwi, łóżko stało na środku, a za nim była szafa i okno. Przy drzwiach stała mała szafka nocna z lampą. Przed łóżkiem leżał czarno-biały dywanik a pod nim była piwniczka. Podbiegłem do piwniczki i ją otworzyłem. -Co tu się działo? -Przyszli jacyś goście otworzyli drzwi, jak gdyby nigdy nic i zaczęli szperać po pokojach z psami, zdążyłem się ukryć w piwniczce pod dywanem, dlatego mnie nie znaleźli. Mówili o tobie, że twoja głowa im się przyda w korporacji, reszty nie zrozumiałem, bo psy zaczęły szczekać. -Nic ci nie jest? -Skaleczyłem się w rękę. -Pokaż. Wyciągnął dłoń rozciętą od góry do samego czubka palca. -Jezu, jak ty to rozciąłeś? -O gwóźdź. -Pewnie bolało. -Trochę. -Poczekaj, dostałem dzisiaj list bez nadawcy akurat do mnie. Wyrzucę go. -Najpierw go przeczytaj. -Nie sądzę, że to dobry pomysł. -Otwórz. Otworzyłem list, moim oczom ukazała się krwisto czerwona kartka. -Mam złe przeczucie co do tego. Otworzyłem kartkę złożoną na pół, ukazał mi się biały napis: „Witamy! Tu korporacja Umbrela®. Chcemy złożyć panu ofertę pracy w naszej firmie, wynagrodzenie miesięczne będzie wynosiło 20 tysięcy euro, zapraszamy na spotkanie zarządu jutro przy ulicy Tekke w Tokio. Spotkanie rozpocznie się o godzinie 22:30, w kopercie znajdzie pan dwa bilety na samolot prywatny który odlatuje dzisiaj o godzinie 14:00, nasi ludzie będą tam czekać na pana i pańskiego towarzysza. Zapraszamy!” -To oferta pracy. -Jakie wynagrodzenie? Yoshi zajrzał mi przez ramię. -20 tysięcy euro! nie myśl za długo pakujemy się! -Nie jedziemy nigdzie. -Jak to? -Tak to, za wysokie wynagrodzenie tu jest jakiś haczyk, nie podoba mi się to. Jest napisane zbyt luźno jak dla pracownika, nie jest oficjalne i nie było nadawcy. -Oh, daj spokój może korespondencja dostarczana od ręki? -No na pewno od ręki jak by było tego mało to jeszcze potajemnie, ja tego nawet do ręki nie dostałem a znalazłem dopiero pod domem w kieszeni. Czy Ciebie to nie dziwi? To jest zbyt skomplikowane, żeby haczyka nie miało, nie chcę przyjmować tej oferty, bo coś czuję, że tylko narażę się na niebezpieczeństwo. Mało że siebie to i Ciebie. Wiesz jak mi na tobie zależy i dobrze wiesz czemu. Nie jedziemy. -Ale… -Żadne „ale” nie jedziemy i koniec. Wiem jak bardzo chcesz jechać do Tokio, ale zrozum nie chce cię narażać. -No dobrze, zostańmy. Udałem się do kuchni obok sypialni mojego brata, sypialnia była płomienisto żółta taka jak słońce. Miała hebanowe szafki i kuchenkę indukcyjną oraz dużą podwójną czarną lodówkę. Zanim wyszedłem zauważyłem, że Yoshi posmutniał. Chciałem go pocieszyć, tylko nie do końca wiedziałem jak. Bałem się, że zrobi coś głupiego. Ja tak bardzo nie chciałem go stracić, że nie zwracałem uwagi na to jak bardzo go krzywdzę. Wiedziałem, że będę żałował tej decyzji, ale chcę go choć trochę uszczęśliwić. Dopiero co zmarła nasza matka, powiedziano nam, że zmarła na zawał, ale miała dopiero 40 lat i zdrowe serce. Nie wierzę, że zmarła podczas jazdy. Prowadziła auto i nagle dostała zawału? Mi to nie pasowało, ale nie mówiłem o swoich wątpliwościach mojemu bratu, lepiej jak będzie myślał że to fatalny zbieg okoliczności. -Eh będę tego żałował. Yoshi zacznij się pakować. -Po co? -Jedziemy. -Gdzie? -W pupkę jeża wiesz, a gdzie dostałem dwa bilety? -Do Tokio? jedziemy do Tokio serio?! -Tak, serio tylko pamiętaj o ubraniach. -Oki. Uśmiechnął się, uszczęśliwiłem go. źle, że nie wiedziałem co nas czeka, gdybym tylko wiedział w życiu bym się nie zgodził. -Dobra idziemy spać kolorowych. -Branoc. Zasnąłem tak szybo, że nawet nie pamiętam, byłem wykończony po długim dniu w pracy, zdążyłem jedynie ustawić budzik na godzinę 12:00. GODZINA 12:00 -Kurde, ale szybko wczoraj zasnąłem, idę zrobić sobie kawę. -Mi też zrobisz? -Już wstałeś? -Tak, jestem pełen energii. -Widzę, aż cię rozpiera. 15 minut później. -Masz twoja kawa młody. -Dzięki. Stary. -No nie przesadzaj mam dopiero 20 lat. -No właśnie więc podług mnie jesteś stary pryk. -Grabisz sobie dzieciaczku. -To że mam 17 lat nie znaczy, że jestem dzieciak jestem prawie dorosły. (powiedział lekko poirytowany) -A pamiętasz co mówiła mama na to twoje „prawie”? -Tak, że jeden palec w... -NO! Spróbuj tylko to dokończyć. -Niby co mi zrobisz, jak dokończę. -chcesz się przekonać? -Nie, nie będę ryzykować Ubraliśmy się, sprawdziliśmy czy mamy wszystko. Usiedliśmy, żeby coś zjeść bo czeka nas długi lot prawdopodobnie. Jedliśmy śniadanie rozmawiając i wspominając śmieszne historie z Yoshim w roli głównej, naszego śmiechu nie było widać końca. GODZINA 12:45 -Zbieraj się pomału. Yoshi biegał po domu we wszystkie strony, potykał się o przewrócone meble i zbierał wszystkie swoje rzeczy. Poszedłem w jego ślady, ale ja uważałem na meble. GODZINA 13:30 -Dobra wychodzimy Yoshi. Byliśmy już przy drzwiach, gdy nagle Yoshi obrócił się i pobiegł do swojego pokoju. -Czego znów nie wziąłeś? -Teda... Ted to jego ulubiony pluszak nosi go niemal że wszędzie. -Ah, rozumiem, już możemy iść? -Tak! GODZINA 14:01 Weszliśmy przez duże obrotowe drzwi na lotnisko, tam ukazał się nam ogromny przeszklony dach. Jedna ze szklanych ścian na wprost nas była z widokiem na pas startowy. Główny hol był lawendowo-biały i stały w nim ciemno fioletowe fotele, po lewej stronie od drzwi była kasa z biletami a nad nią wielki telebim ukazujący stan wszystkich lotów, po prawej długi tunel prowadzący do centrum handlowego, na przeszklonym suficie wisiały lodowe żyrandole rozmieszczone w równych od siebie odstępach. -Jesteśmy na lotnisku Yoshi. -Całkiem spore. -No trochę. -Pan Jefferson Hyde? Oczom ukazał mi się mężczyzna mojej budowy, czyli średnio umięśniony. Miał zasłoniętą twarz i włosy, za nim stało jeszcze kilka osób. -Tak, a kto pyta? -Oddział delta do pańskich usług, mamy pana eskortować do Tokio. -Czekaj, po co mi uzbrojeni ludzie i zarazem eskorta? W ogóle to jak ty się nazywasz co?! -Ponieważ jest pan bardzo ważnym gościem korporacji umbrela oraz dostaliśmy zlecenie pana eskortować, więc skoro pan tu jest możemy się udać do samolotu czyż nie? -No…dobrze udajmy się tam, prowadźcie. (niechętnie się zgodziłem) -Zanim ruszymy przedstawię cały oddział. -A już myślałem, że nie poznam twojego imienia albo pseudonimu. (sarkastycznie) -Ja jestem Vektor, przywódca grupy i skrytobójca po mojej prawej Bertha, lekarz oddziału. -Do usług. -Za Berthą, Lupo nasz wojownik. -Zawsze służę pomocą. -Po mojej lewej, Four Eyes nasza specjalistka od zakażeń biologicznych. -Zabierajmy się do pracy. -Za nią, Beltway nasz saper. -Dajcie jakieś bomby do rozbrojenia. -Za Beltwayem, Spectre nasz snajper i poszukiwacz. -Witam. Vector, dziwny koleś w kapturze z maską gazową i podwójnymi opaskami w których były noże na wysokości ud, całkiem nisko jak na taki sprzęt zapięte. Bertha, spora kobieta z blond warkoczem na plecach i maską gazową na twarzy oraz z ogromną maczetą przy prawej nodze. Four Eyes, ładna Azjatka z delikatną karnacją, kruczo czarnymi włosami i niebieskimi oczami i maską zakrywającą tylko usta i nos, przy prawej nodze pistolet na strzykawki i po lewej nóż do rzucania i nie jeden, ale aż 20. Beltway, ogromny facet dosłownie nie dość, że wysoki to i jeszcze całkiem szeroki z maską gazową na całą twarz i hełmem jak z drugiej wojny światowej, przy prawej nodze ma małą dubeltówkę. -Teraz możemy ruszyć? (z nutką sarkazmu w głosie) -Owszem, proszę udać się prosto. Staliśmy pod wielkim oszklonym dachem w holu, w dużym zgiełku ludności. Vector wskazał w lewą stronę, tam były drzwi wyjściowe na pas startowy. Opuściliśmy hol i ukazał nam się duży biały samolot z napisem i logiem korporacji Umbrela. Obok niego stał kolejny facet. Hełm jak u beltweya, opaski jak u vectora, maska z czerwonym szkiełkiem, na prawym ręku opaska z pistoletem jak u four eyes. Mężczyzna miał około metr dziewięćdziesiąt, udaliśmy się w jego kierunku zatrzymaliśmy się przed tym mężczyzną. -To jest nasz przełożony Hunk - powiedział Vector. -Witam. Przez tą maskę brzmiał jak Darth Vader. -Proszę wsiadać do samolotu. Wsiadaliśmy a naszym oczom ukazało się bogate, wszechstronne wnętrze maszyny w kolorze złotym. zajęliśmy miejsca, zapięliśmy pasy i udaliśmy się do Tokio. GODZINA 22:30 Jesteśmy na ulicy Tekke przed ogromnym kilkunastu piętrowym drapaczem chmur wmieszanym pomiędzy małymi domkami, budynek był biały a na wysokości 4 piętra miał duży przeszklony balkon. Po kilku chwilach wyszedł mężczyzna w białym garniturze z czarnym krawatem, miał brązowe włosy. Ciężko było mi określić jego wiek, po rysach twarzy z takiej odległości nie widziałem go zbyt dobrze. Przemówił do nas. -Witam! Jestem szefem korporacji umbrela, cieszę się że wszyscy są tu zgromadzeni, jak już wiecie wynagrodzenie wynosi 20 tysięcy euro, są tu zgromadzeni najlepsi bio-technolodzy i specjaliści od genetyki, będziecie pracować na rzecz kraju, prościej mówiąc będziecie tworzyć broń genetyczno-biologiczną masowego rażenia. Wszyscy dostaną przydzielone mieszkania i prace. Na stołach leżą koperty z nazwiskiem każdego z osobna, są tam klucze do mieszkań. Każdy kto nie znajdzie swojego nazwiska a znajdzie imię i nazwisko towarzyszącej osoby będzie pracował u mnie w korporacji za podwojoną stawkę a więc poszukujcie szczęścia! Stało 10 okrągłych stołów, na których leżały koperty ułożone w koło przeszukałem 9 stołów. Spojrzałem na ostatni, nie było tam mojego nazwiska a imię mojego brata. -no młody będę harował za 40 tysięcy miesięcznie. -serio? -tak, tu jesteś tylko ty. podałem mu kopertę z kluczami. -czyli mam chatę na wyłączność?! -zdaje się że tak. -ale ekstra. -nie ciesz się tak na zaś. -osoby bez koperty zapraszam do korporacji, reszta niech się uda do mieszkań i czeka na dalsze informacje. Udałem się do wnętrza korporacji przez duże szklane drzwi, wszedłem tam z kilkoma innymi mężczyznami. Między nami była również Four Eyes, jedyna kobieta w całym zespole techników. Szliśmy dużym sterylnie białym holem, po prawej była winda. Zjechaliśmy na ukryty poziom -3, wyszliśmy z windy, było tam ogromne, podzielone na sektory laboratorium i ogromne lodówki kriogeniczne. Nie wiem jak wygląda pozostała część korporacji, nie oprowadzono nas aż tak. Każdy dostał dokument do podpisania, na którym widniał napis. „Umowa deklaracyjna Niniejszym zezwalam na wykorzystanie moich danych w korporacji UMBRELA®. Oświadczam, iż zachowam wszystkie dane poufne oraz zgadzam się na wykorzystanie mojego ciała w celach naukowych (WYŁĄCZNIE PO MOJEJ ŚMIERCI W SKUTEK NATURALNY). 1. Należy nosić maski ochronne, rękawiczki lateksowe i stosować wszelkie środki ostrożności. 2. Zakazane jest wynoszenie jakichkolwiek materiałów biologicznych i próbek genetycznych. 3. Na terenie z obiektami testowymi zabronione jest palenie i spożywanie napojów alkoholowych. ... zapoznałem się z niniejszym regulaminem. Podpis” Wtedy jeszcze nie wiedziałem co podpisałem i na co się skazałem…
  5. masakratorli

    Serdecznie przepraszam za niedogodności podczas czytania i uderzające w oczy błędy interpunkcyjne.
  6. The Last Day, The Last Breath. Rozdział 1 To się zaczęło w szpitalu... wybuchła dziwna, bardzo szybko rozprzestrzeniająca się epidemia... Ludzkie ciała natychmiast gniły i się rozpadały, wydawało by się, że to koniec epidemii ze ona tylko na tym poprzestaje, jednak w rzeczywistości było inaczej, ludzie zarażeni tym zmartwychwstawali i atakowali ludzi zdrowych... niestety byłem lekarzem w tym szpitalu. kiedy tylko spostrzegłem co się dzieje próbowałem uciekać, ale prawie na każdym piętrze były te potwory, uciekłem więc oknem... właściwie to przez nie wyskoczyłem złapałem się belki która wisiała na wyciągu... byłem tam jakiś czas zdezorientowany i oszołomiony całą sytuacją zacząłem się panicznie rozglądać, niżej zauważyłem budynek. Dach tego budynku był dość blisko więc lekko się rozbiegłem i zeskoczyłem lądowanie było bolesne doznałem kilku większych otarć wtedy jeszcze nie wiedziałem na co zostałem skazany... dobiegło mnie głośne charkotliwe dźwięki, stwierdziłem że bezpieczniej będzie się przemieszczać po dachach i faktycznie było ale po kilku chwilach skakania jak trusia z dachu na dach dopadło mnie zmęczenie usiadłem i zacząłem myśleć... skąd się wzięła ta epidemia?, gdzie ma swój początek ?, ale nie mogłem do tego dojść za dużo pytań zaś za mało odpowiedzi wstałem zrobiłem kilka kroków do brzegu dachu spojrzałem w dół - panowała tam anarchia, kompletne zniszczenie. Zaczynało się ściemniać i ochładzać, musiałem znaleźć jakieś schronienie, przeskoczyłem jeszcze kilka dachów ale nie wiedziałem że czeka tam na mnie zło. Usłyszałem krzyk dobiegał on z mojego domu który był dwie przecznice od miejsca w którym byłem udałem się więc w kierunku krzyku, dotarłem na miejsce, wszedłem przez mały właz w łazience - na szczęście był otwarty. Kolejny krzyk, opuściłem łazienkę i zbiegłem po schodach zobaczyłem jak mój młodszy brat jest atakowany przez te stwory, mieliśmy remont wiec chwyciłem łom, wyskoczyłem i go rąbnąłem z całych sił kiedy na szali stało życie mojej rodziny. Nic się więcej nie liczy tym bardziej że mój brat to jedyna osoba która mi została... podszedłem do brata, był przerażony, złapałem go za ramie i zapytałem: -ugryzło cię? pokiwał głową przecząco -możesz chodzić? pokiwał przytakująco -chodź poszukamy czegoś, aby się ciepło ubrać czeka nas survival życiowy .... po kilku minutach niepewności znaleźliśmy dwa kożuchy z futrem, plecaki wypełniliśmy czymś na wygląd zupy pomidorowej ale w puszce, batonami proteinowymi z białkiem, koc i małą poduszkę. Niestety podróż dachem odpadała mój brat nie może nadwyrężać stawów, poruszaliśmy się ukradkiem, szybko i możliwie jak najciszej. Mijaliśmy wiele kiedyś nam bliskich twarzy, ale to już nie było istotne nie da się im już pomóc pierwszym celem było dotarcie do bramy miasta i opuszczenie go, po kilku minutach byliśmy prawie przed bramą zostało nam wtedy około 300 metrów, no i wtedy nastał obrót spraw, na naszą niekorzyść ''to'' zaczęło nas gonić, kiedy uciekaliśmy mój brat upadł i powiedział: -nie dam rady... -dasz rade chodź, bierz plecaki i wskakuj na moje plecy... -Ale... będę tylko dodatkowym obciążeniem... -nie będziesz, nie mamy czasu na kłótnie - wskakuj przytaknął... zaraz po tym jak mi wskoczył na plecy ruszyłem z kopyta...byłem już przy bramie zestawiłem brata i puściłem go przodem, zaraz po nim ruszyłem ja, kiedy już prawie byłem za bramą to coś złapało mnie za prawą nogę i próbowało ugryźć, ale jedyne co ugryzło to podeszwa od mojego buta na swoim ryju...
  7. masakratorli

    Dziękuję za pomoc, uwzględnię wszystko w części drugiej rozdziału pierwszego jest już ukończony właśnie pracuje nad 3 częścią ^^
×

Powiadomienie o plikach cookie

Korzystając z tej strony zgadzasz się na Warunki użytkowania, Polityka prywatności i Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę..